Na początku nie do końca zrozumiałam, o co chodzi z tym "wymierzaniem sprawiedliwości", próbowałam to rozgryźć przez całą drogę powrotną. W stajni dopiero się zorientowałam, że rycerz, który mi towarzyszył, był smutny, zawiedziony...wtedy zrozumiałam o co chodziło. Kian mógł zginąć, a razem z nim reszta rycerzy. Nie. On nie może zginąć, jest za dobry, że ktoś go zdołał pokonać. Byłam pewna, że on da sobie rade, chciałam w to wierzyć, wierzyłam. Ale Will najwyraźniej nie. Kiedy odprowadziliśmy konie do ich boksów, ruszyliśmy w stronę zamku. Rycerz zaprowadził mnie do mojej komnaty, jednak za nim weszłam do środka odwróciłam się do niego. Wciąż był smutny. Położyłam delikatnie dłoń na jego ramieniu. Spojrzał na mnie wielkimi oczami, no tak, taki gest ze strony księżniczki do rycerza, to nie było zwyczajne.
- Nie martw się, dadzą radę. -uśmiechnęłam się delikatnie.
Po chwili odwzajemnił gest.
[...]
Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Wyobrażałam sobie walkę Kiana z przeciwnikami. Jakby mogła wyglądać. Oczywiście chłopak nieźle by sobie radził, jednak mógłby odnieść jakieś małe obrażenia, typu rozcięta warga, czy też kilka siniaków. To zapewne było nieuniknione, ale na pewno wróci...żywy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz